Wśród palm i lam


Wśród palm i lam Lubimy odwiedzać Amerykę Południową właśnie o tej porze roku, kiedy w Polsce szaro i buro, a Chile znajduje się u progu lata i wita nas słoneczną aurą wespół z nader przyjemnymi temperaturami.


W takich okolicznościach przyrody zupełnie nieistotne zdało się być zmęczenie spowodowane kilkunastogodzinnym lotem do stolicy kraju – Santiago, skąd zresztą bardzo szybko ewakuowaliśmy się na północ kraju. Pragnęliśmy czym prędzej znaleźć się na łonie natury, szczególnie, że pierwsza odwiedzana przez nas winiarnia – Matetic Vineyards – szczyci się produkcją biodynamiczną. Piękne widoki, cisza i spokój oraz powstające w posiadłości świetne wina, a także doskonały lunch pod gołymi niebem sprawiły, że właściwie to wcale nie chciało się nam opuszczać tego sielskiego zakątka. Wkrótce mieliśmy przekonać się, że takich miejsc w tym niesamowicie długim, a wąskim kraju jest o wiele więcej. Najważniejsze, że nam udało się dotrzeć do najpiękniejszych. A za takie bez najmniejszej przesady można uznać jedną z winnic należących do rodziny Ossa – słynną La Palmeríę, gdzie winorośl dzieli przestrzeń z endemicznymi palmami, między którymi niefrasobliwie przechadzają się lamy. Dane nam było podziwiać to nieprawdopodobne otoczenie niespiesznie sącząc lekkie i rześkie różowe wino z bodegi Vina La Rosa. Wieczorową porą w ogrodzie zabytkowej hacjendy należącej od pokoleń do rodziny Ossa spożyliśmy pyszną kolację popijaną rozmaitymi, powstającymi w Vina La Rosa, winami.

Na terenie dynamicznie rozwijającego się pod względem winiarskim Chile nie brakuje interesujących bodeg, ale my gnani patriotycznym duchem postanowiliśmy odwiedzić winnicę państwa Wawruch, z której owoców powstają wina pod okiem samego profesora Philippo Pszczółkowskiego. Wszyscy z wielkim zainteresowaniem słuchali opowieści pana Tomasza zarówno tych dotyczących jego winnicy i sposobu prowadzenia niełatwej w uprawie odmiany carménère, jak i ogólnych refleksji dotyczących życia w Chile.

Nasz pobyt w tym kraju oczywiście nie mógł się obyć bez zwiedzania stolicy i lunchu na słynnym Mercado Central, gdzie z wielkim smakiem zajadaliśmy się znakomitymi, świeżusieńkimi owocami morza i rybami, niemal dopiero co wyłowionymi z Pacyfiku. Trzeba uczciwie przyznać, że codziennie docenialiśmy jakość lokalnego jedzenia i jego wielką różnorodność. W każdym z odwiedzanych krajów można było znaleźć coś dla siebie, chociaż bezwzględnie najbardziej usatysfakcjonowani, szczególnie w Argentynie i Urugwaju, czuli się amatorzy doskonałej jakości mięsa. Ale bez obaw, także  sympatycy ryb i owoców morza, a nawet wegetarianie odnajdą się tu bez problemu. Obydwa  kraje w dużej mierze zasiedlają potomkowie włoskich imigrantów, zatem czego jak czego, ale dobrego jedzenia – z makaronami i pierogami z najróżniejszym nadzieniem, za oceanem występujących jako empanadas – oraz świetnych win nigdzie nie brakuje.

Nasza wyprawa obfitowała w atrakcje rozmaitego autoramentu, wśród których przejazd przez Andy i przekraczanie granicy na wysokościach na pewno należał do tych, które zapamiętuje się na zawsze. Mendoza, choć położona praktycznie na pustyni, powitała nas soczystą zielenią zarówno w centrum miasta jak i na obrzeżach. Tutaj nawadnia się wszystko, bo bez tego nic nie urośnie – ani winorośl, ani wszechobecne w centrum miasta bujne platany. Naszego pobytu w tym niewątpliwym zagłębiu argentyńskiego winiarstwa nie ograniczyliśmy do odwiedzin tylko położonych w bezpośrednim sąsiedztwie miasta winiarni. Wybraliśmy się także do Valle de Uco – jednego z najlepszych tamtejszych siedlisk, by zdegustować powstające z lokalnych winnic wina robione przez Mauricia Lorkę. Oczywiście nie obyło się bez doskonałego asado, czyli pieczonych na ruszcie zupełnie wyjątkowych mięs wspominanych przez uczestników już do końca podróży. Smakowały naprawdę wyśmienicie popijane pysznymi malbekami w przeróżnych odsłonach. W przypadku tej konkretnej wycieczki mieliśmy jeszcze dodatkowy punkt programu; była to wizyta w winiarni w położonej obok Mendozy prowincji San Juan.  Niewielka, rodzinna bodega Merced del Estero z doskonałymi winami okazała się być nader trafionym wyborem.

Ostatnim z odwiedzanych podczas wycieczki krajów był Urugwaj, dokąd udaliśmy się promem z Buenos Aires dobijając do brzegu w miasteczku Colonia del Sacramento, którego wyjątkowej urody historyczne centrum położone nad brunatnymi wodami La Platy wpisane jest na listę UNESCO. Stamtąd już tylko niespełna dwieście kilometrów dzieliło nas od stolicy kraju – Montevideo, będącego ostatnim punktem tej niezapomnianej, prawdziwie winiarskiej podróży.

 
 

autor: Dorota Romanowska | 2017-05-30 08:59:25