W tyglu kultur


W tyglu kultur Trzy różne kraje, zamieszkane przez odrębne narody, które łączy właściwie chyba tylko niegdysiejsza przynależność do Związku Radzieckiego.


Gruzję i Armenię odwiedzaliśmy już z wycieczkami wielokrotnie; można zaryzykować stwierdzenie, że zdecydowana większość członków Klubu Domu Wina eksplorowała z nami Kaukaz szlakiem winnym, natomiast do Azerbejdżanu wybraliśmy się po raz pierwszy. Wyjazd pod wieloma względami okazał się  niezapomniany – począwszy od bardzo surowej aury, która przez dwa tygodnie podróży bynajmniej nie rozpieszczała nas w żadnym z odwiedzanych krajów, poprzez przygody związane z przekraczaniem granicy Azerbejdżanu, na oczarowaniu tym ostatnim krajem, ze szczególnym uwzględnieniem jego stolicy, skończywszy.

Jakoś tak się dzieje, że spośród dawnych republik radzieckich w naszej ojczyźnie chyba największą popularnością cieszy się Gruzja stanowiąc od dobrych kilkunastu już lat ulubiony cel podróży wielu rodaków. O Armenii mówi się znacznie mniej, ale jak ktoś chociaż raz odwiedził ten obecnie niewielki, ale zachwycający surowym pięknem górzysty kraj, na pewno zapamięta go na zawsze. Azerbejdżan w tej grupie ma najsłabsze notowania. Właściwie trudno powiedzieć, dlaczego. Może wytłumaczenia należy szukać w przeszłości; podczas gdy Gruzini i Ormianie mogą poszczycić się bujną historią w sensie państwowości i posiadaniem własnych języków, które każdy naród zapisywał swoim alfabetem, Azerbejdżanie stanowią mieszankę przynależną do kilku różnych światów – perskiego, tureckiego, szyickiego, rosyjskiego i bliskowschodniego. Na długo przed nastaniem ery Związku Radzieckiego, Gruzini i Ormianie mieli swoje królestwa, ale Azerbejdżan wcześniej nie istniał jako odrębne państwo. Co prawda w 1918 roku mieszkańcy kraju doczekali się go i było to pierwsze w historii świeckie państwo utworzone przez muzułmanów, ale jego żywot okazał się nader krótki – przetrwało zaledwie dwa lata, gdyż szybko zostało podbite przez bolszewików.

Obecnie jak najbardziej istnieje i pod względem geograficznym jest przepiękne, oszałamia swą zupełnie wyjątkową stolicą, a od jakiegoś czasu wzbudza coraz większe zainteresowanie także wśród enoturystów. Lokalne wina są może jeszcze słabo znane w szerokim świecie, ale wszystko przed nimi. In situ sprawdziliśmy, że na uwagę bezsprzecznie zasługują. Jedna z najbardziej znanych winiarni – Fireland – mogąca poszczycić się naprawdę dobrymi, powstającymi pod nadzorem włoskiego enologa winami znajduje się na Półwyspie Apszerońskim, o rzut beretem od stolicy kraju – Baku, dokąd wcześniej czy później dociera każdy przybysz. Powstała w 2007 roku winiarnia położona jest 10 kilometrów od wybrzeża Morza Kaspijskiego i rocznie produkuje około 800 tysięcy butelek wina w większości z odmian międzynarodowych uprawianych zarówno w regionie nadmorskim, jak i na przedgórzu kaukaskim w północnej i zachodniej części kraju. Chociaż większość miejscowych win powstaje przy wykorzystaniu współczesnych technologii, podobnie jak w Gruzji i tutaj przetrwała tradycja robienia wina w kwewri. Stosując tę pradawną metodę Fireland robi cztery odmianowe wina; podczas gdy rkaciteli i saperawi nie były dla nas odkryciem – wszak poznaliśmy je już wcześniej zarówno w Gruzji jak i w Armenii – to z ciemną, autochtoniczną dla regionu madrasą i białą bayan shira zetknęliśmy się po raz pierwszy. Na pewno wszyscy uczestnicy wyprawy na długo zapamiętają zarówno samą wizytę w Fireland, jak i degustację przy suto zastawionym lokalnymi specjałami stole. O takim, a nie innym postrzeganiu tego miejsca przesądziła z pewnością osoba oprowadzającej nas po obiekcie i z wielką pasją wykonującej swą pracę Aygun Atayevej. Mając takich specjalistów od marketingu winiarnia ta niejako skazana jest na sukces.

Generalnie odebraliśmy Azerbejdżan jako krainę nieprawdopodobnych kontrastów; w drodze od granicy gruzińskiej zetknęliśmy się z biedą i, co tu dużo mówić, zacofaniem prowincji. Stolica kraju wprawiła nas w prawdziwe osłupienie, nie wiadomo czym bardziej – swym rozmachem i eksponowanym na każdym kroku bogactwem, secesyjno-eklektycznym urokiem, bardzo współczesną architekturą czy po prostu europejskością. Potem okazało się, że w tym architektonicznym galimatiasie jest jeszcze miejsce na skrawek Orientu z wijącymi się wąskimi uliczkami, meczetami i karawanserajami oraz wzniesioną w bliżej nieokreślonym celu najbardziej niesamowitą budowlą kraju – Basztą Dziewiczą. Tym symbolem wschodniej kultury Baku jest Iczeri Szeher, czyli Miasto Wewnętrzne, nie mające nic wspólnego z obiektami powstałymi za jego murami podczas naftowej gorączki końca dziewiętnastego wieku. Język mieszkańców metropolii też różni się od używanego na prowincji, gdzie ludność posługuje się głównie językiem azerbejdżańskim; w Baku bezsprzecznie króluje rosyjski, tylko ludzie z Iczeri Szeher mówią własnym dialektem. Tyle różnorodności, a widzieliśmy zaledwie kawałek tego niesamowitego kraju. Pewnie trzeba będzie kiedyś jeszcze tu wrócić…

 
 

autor: Dorota Romanowska | 2017-05-26 10:45:00