Z zebrą za pan brat


Z zebrą za pan brat Okazuje się, że niekoniecznie łatwo jest być z zebrą w zażyłych stosunkach. Podczas ostatniej wycieczki do Afryki niektórzy dobitnie przekonali się, że od tych pięknie wyglądających i niewinnie skubiących sobie trawkę „koni w piżamach, które nie pozwoliły człowiekowi się ujeździć” najlepiej jest trzymać się z daleka.


Zbyt bliski kontakt zdecydowanie jest niewskazany, gdyż kopnięcie bywa naprawdę bolesne… Uważać też trzeba było na hasające po ogrodzie małpy, które natychmiast wykorzystywały okazję, by wtargnąć do hotelowych wnętrz, gdy tylko któryś z gości beztrosko zostawił otwarte okno swojego lokum. O pawianach nie wspomnę, bo od zawsze wiadomo, że od nich naprawdę trzeba się trzymać z daleka. Spotkane bladym świtem żyrafy okazały się być nader przyjazne przyjmując prawdziwie stoicką postawę w obliczu nerwowo sięgających po aparaty fotograficzne, częściowo tylko obudzonych, turystów. Krokodyle, bawoły i hipopotamy oglądane były z dość dużej odległości, zatem i szansa na bliższe spotkanie ograniczona została do minimum. Za to jeździliśmy na słoniach i spacerowaliśmy z lwami, które nawet można było pogłaskać.

Ale zanim dotarliśmy do Zambii i Botswany, gdzie miały miejsce wymienione atrakcje, przez kilka dni z wielkim zaangażowaniem oddawaliśmy się eksploracji urzekającego nieprawdopodobną urodą Kraju Przylądkowego. A piękny jest on pod każdym względem – zarówno krajobrazowym, jak i architektonicznym, a także – dla niektórych może przede wszystkim – winiarskim. To prawdziwy raj dla estetów, sybarytów i smakoszy; ze wszech miar wyjątkowy. Choć winiarsko przynależy do Nowego Świata, uprawa winorośli w Kraju Przylądkowym poszczycić się może naprawdę długą historią, gdyż pierwsze krzewy Vitis vinifera posadzono tam już w połowie XVII wieku. Różne były koleje losu tamtejszej produkcji winiarskiej na przestrzeni kolejnych stuleci, ale najważniejsze, że obecnie przylądkowe wina należą do ścisłej światowej czołówki. Podczas pobytu na południu RPA odwiedziliśmy kilka winiarni, wśród których były najbardziej historyczne, takie jak Vergelegen czy Groot Constantia, a także należąca do rodziny Rupertów nieprawdopodobna posiadłość L’Ormarins, gdzie oprócz doskonałych win można nacieszyć oczy fantastyczną kolekcją zabytkowych samochodów oraz poobserwować wyjątkowej urody konie wyścigowe hodowane na terenie tej olbrzymiej, malowniczo usytuowanej u stóp pasma Groot Drakenstein, posesji. Klucząc wśród sadów i winogradów Elgin dotarliśmy także do położonej, wydawałoby się, na końcu świata winiarni Iona oraz do Bosman Family Vineyards w Wellington.

Ponieważ nie samym winem żyje człowiek, wybraliśmy się także na Przylądek Dobrej Nadziei, docierając tam jedną z najbardziej spektakularnych nadmorskich dróg świata – wijącą się wzdłuż atlantyckiego wybrzeża Chapman’s Peak Drive. W drodze powrotnej z Przylądka zatrzymaliśmy się przy plaży Boulders, by zawrzeć bliższą znajomość z niewielkich rozmiarów pingwinami, które ku ogólnej radości okazały się być bardzo towarzyskie i pokojowo nastawione do świata. Zwiedziliśmy także Kapsztad, gdzie udało się nam, bez stania w wijącej się kolejce, wjechać na Górę Stołową, skąd roztacza się prawdziwie genialny widok na okolicę. Pobyt w mieście, a właściwie całej RPA zakończyliśmy smakowitą kolacją na Waterfront delektując się prawdziwymi przysmakami lokalnej kuchni, wśród których szczególne uznanie zdobyły mięso antylopy i medaliony ze strusia. Następnego dnia udaliśmy się na lotnisko, by przemieścić się bardziej w głąb Afryki, gdzie czekały na nas cuda natury, m.in. takie jak odkryte przez Davida Livingstone’a w 1855 roku Wodospady Wiktorii.
 

 
 

autor: Dorota Romanowska | 2017-06-13 08:57:31