Z deszczem w prezencie


Z deszczem w prezencie Podróżnym przemierzającym bezdroża Salty – jednej z północnych prowincji Argentyny – trudno jest uwierzyć, że na świecie naprawdę istnieją jeszcze takie miejsca; niezepsute przez cywilizację, jakimś cudem niezadeptane przez tabuny turystów, choć na każdym kroku urzekające nieprawdopodobną urodą i przebogatą, niekoniecznie powszechnie znaną, historią.


Krainy, gdzie czas płynie leniwie, a rytm życia wyznaczają zmieniające się pory roku, zamiast wyprzedaży w wielkich centrach handlowych. O tym, że Ameryka Południowa wciąż stanowi zagłębie takich terenów, gruntownie mogli przekonać się ci, którzy późną polską jesienią, a wczesną południowoamerykańską wiosną udali się w podróż śladami Inków.

Zanim jednak dotarliśmy na niemal dziewicze i nieprzyzwoicie piękne ziemie w północnej Argentynie, zwiedziliśmy wybrane miejsca w Peru oraz Boliwii. Na trasie naszej dwutygodniowej podróży znalazły się zarówno atrakcje turystyczne natury, można by rzec, obowiązkowej, takie jak Lima, Cuzco, Machu Picchu, La Paz czy jezioro Titicaca, ale też miejsca zdecydowanie mniej oczywiste, jak chociażby przepięknie położone boliwijskie winiarnie w departamencie Tarija na południu kraju. Co ciekawe, właśnie tam, w nowo wybudowanej winiarni Kuhlmann, dane nam było po raz pierwszy spróbować wina ze stosunkowo nowej odmiany, bo wyhodowanej w 1961 roku we Francji, a do komercyjnej uprawy dopuszczonej w 1990 roku, o nazwie marselan. Obsadzone nią winogrady można spotkać głównie na południu Francji, ale także, jak się okazało, w Boliwii, bagatelka, na wysokości 2400 m n.p.m. Marselan daje wina mocno wybarwione, aromatyczne, o sporym potencjale dojrzewania. Na pewno wierzą w niego enolodzy w bodedze Kuhlmann, gdyż właśnie z tej odmiany zdecydowali się zrobić swoje flagowe wino Gran Patrono. Zgodnie skonstatowaliśmy, że rocznik 2016 z którym mieliśmy do czynienia, udał im się znakomicie. Jak to nigdy nie wiadomo, czego oczekiwać w czasie takiej podróży!

Chociaż pierwsza część naszej wyprawy bez wątpienia dostarczyła wszystkim wielu wrażeń, to wspomniana już na wstępie Salta chyba jednak najmocniej zapadła wszystkim w pamięć, być może ze względu na nieprzesadne rozreklamowanie w świecie. Na pewno bardzo długo będziemy wspominać przejazd z Salty do Cafayate – winiarskiego zagłębia prowincji. Trasa wiedzie bowiem przez Quebrada de Cafayate, gdzie wielobarwne skały przybrały rozmaite kształty – jest wśród nich obelisk, monumentalnych rozmiarów ropucha, tonący Titanic, gardziel diabła, a nawet spory amfiteatr, gdzie na gitarze przygrywa lokalny grajek, dowodząc, że akustyka tego niecodziennego tworu skalnego jest bez zarzutu. W oddali widać było pojedyncze, wzniesione z adobe i kryte strzechą zabudowania, które zafundowały nam prawdziwą podróż w czasie.

Gdyby nie konieczność dotarcia o określonej godzinie do bodegi El Esteco na degustację, bez większych problemów bylibyśmy w stanie kontynuować tę fascynującą podróż do wieczora. Kolejny dzień wyprawy dostarczył nam nie mniejszej porcji wrażeń, gdyż naszym udziałem stało się przemieszczanie mityczną drogą krajową nr 40 – najdłuższą w Argentynie i jedną z najdłuższych na świecie, biorącą początek w prowincji Santa Cruz na południu kraju, a kończącą się przy granicy z Boliwią. Co prawda pokonywany przez nas odcinek w większej części pozbawiony był asfaltu, ale taki drobiazg nie był w stanie wyprowadzić nikogo z równowagi; wszyscy chłonęliśmy niecodzienne widoki za oknem. Ogarnął nas całkowicie wszechobecny spokój, w którym zanurzyliśmy się na dobre.

Z tego stanu bynajmniej nie wyrwało nas dotarcie na miejsce, czyli do bajkowo usytuowanej na odludziu Estancia Colomé. A zawitaliśmy tu w zupełnie wyjątkowych okolicznościach, mianowicie w strugach deszczu. – Jak cudownie! Przywieźliście nam deszcz! – wykrzyknął z niekłamanym zachwytem witający nas na progu winiarni sommelier. – Nie padało u nas od stycznia – dodał wyjaśniająco. Zważywszy na fakt, że pojawiliśmy się w Colomé w grudniu, jego entuzjazm wydawał się być jak najbardziej na miejscu. Cała wizyta, tak ze względu na urodę samego miejsca, jak i degustację win powstających w kilku należących do bodegi posiadłościach położonych na różnych wysokościach nad poziomem morza, zyskała status niezapomnianej. Całości tego wrażenia dopełnił wspaniały obiad w należącym do posiadłości butikowym hotelu, do którego podano szereg fantastycznych win z pojedynczych parcel, wśród których znalazł się też Malbec z Finca Altura Máxima – winogradów położonych najwyżej na świecie – na wysokości 3 000 m n.p.m. Gdyby nie to, że tego dnia mieliśmy do pokonania jeszcze spory kawałek trasy, z przyjemnością oddalibyśmy się relaksowi w tym cudownie ustronnym, emanującym spokojem miejscu.

Dziarsko jednak ruszyliśmy w dalszą drogę, która dostarczyła nam doznań natury estetycznej najwyższych lotów. Na przestrzeni millenniów natura nieźle w okolicy poszalała, tworząc krajobraz jak nie z tego świata. Niezawodna droga krajowa nr 40, nadal pozbawiona asfaltu, powiodła nas przez Quebrada de las Flechas, czyli Wąwóz Strzał, gdzie niemal białej barwy, ostro zakończone i skierowane w intensywnie błękitne niebo skały przywodziły na myśl właśnie strzały. Trudno byłoby znaleźć dla tego miejsca bardziej adekwatną nazwę. Delektując się niezapomnianymi widokami za oknem, dotarliśmy do położonego na odludziu u stóp Cerro Overo kolonialnego miasteczka Molinos. Założona w połowie XVII wieku osada swego czasu była najważniejszym ośrodkiem w Dolinie Calchaquí i aż do początków XX wieku leżała na najważniejszym szlaku handlowym prowadzącym z Salty do Chile. Dziś Molinos to z lekka ospałe, zatrzymane w czasie miasteczko, zachwycające prawdziwie odrealnionym spokojem.

Kolejnym przystankiem na trasie było Cachi, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg. Kontynuując podróż przejechaliśmy przez Parque Nacional Los Cardones stanowiący prawdziwe zagłębie gigantycznych rozmiarów kaktusów kandelabrowych. Na późniejszym etapie podróży pogoda z lekka pokrzyżowała nam plany, gdyż gęsta mgła uniemożliwiła podziwianie widoków podczas pokonywania jednej z najbardziej spektakularnych dróg w Argentynie o nazwie Cuesta del Obispo wijącej się między niezliczoną ilością malowniczych wzgórz. Swą nazwę zawdzięcza biskupowi Tucumán, Julianowi de Cortázar, który podróżując w 1622 roku z Salty do Cachi zmuszony był przenocować w okolicy, przebywszy zaledwie połowę tej zachwycającej trasy.

My nie poszliśmy w ślady biskupa, tylko niezrażeni otaczającym nas „mlekiem” zgodnie z planem popołudniową porą spokojnie dotarliśmy do stolicy prowincji – Salty. Zarówno siły jak i humory dopisywały wszystkim bez wyjątku, tak, że wieczorem z dużą ochotą udaliśmy się na ostatnią w czasie tego wyjazdu wspólną kolację, której towarzyszył koncert muzyczny oraz pokaz regionalnych tańców związanych z kulturą gauchos. Chociaż długa, wyjątkowa pod wieloma względami podróż dobiegła końca, to związane z nią niesamowite wspomnienia pozostaną w pamięci na zawsze.
 

 
 

autor: Dorota Romanowska | 2018-03-13 10:19:46